[1989] Zaczynało się lato. Zbiórki coraz częściej odbywały się na boisku, a wakacje zbliżały się wielkimi krokami. To, że jade na obóz było dość oczywiste – nie było chyba siły, która byłaby mnie w stanie zatrzymać…
O obozie wiedzieliśmy niewiele. tylko tyle, że odbywa się w lesie, że śpi się w namiotach i że jest kozacko. Łapczywie wysłuchiwaliśmy wszystkich historii starszych harcerzy z drużyny starszej, którzy na obozach już byli. Słuchaliśmy i nie mogliśmy się doczekać. Przychodziliśmy na wszystkie dyżury do magazynu szczepowego żeby tylko posłuchać o czym mówią. A mówili o wartach, o stołówce, o menażkach. Ale też o obozach wędrownych i innych magicznych sprawach.
Zbliżał się czerwiec a ja zacząłem kompletowanie obozowego ekwipunku. I to było chyba w tym momencie najważniejsze. Dziwne? Nie dziwne. To dodam tylko, że był to czerwiec 1989 :)
Na plecak ze stelażem nie miałem co liczyć – po prostu takiego nie mieliśmy. Menażkę Mama kupiła w składnicy. Śpiwór (typu kołdrowego rzecz jasna) musiałem przytroczyć do plecaka bo był po prostu za ciężki. O wszelkich wojskowych, czy pseudowojskowych ciuchach mogłem zapomnieć – bo skąd je wziąć? Jędrek miał co prawda moro którego mu zawsze zazdrościliśmy, ale ja zupełnie nie miałem skąd go wziąć. Tym bardziej, że przy moim ówczesnym wzroście raczej wszystkie byłyby na mnie za duże. Co jeszcze? Owczy sweter, jakieś dżinsy i trapery. Latarka na bateria R20. Chlebak. I książka – niezapomniana “Na tropie przygody” Františeka Alexandra Estnera.
Obóz odbywał się w miejscowości, która stała się niedługo kultowa, jako że jeździłem tam nie raz w przyszłości. Przewięź. Koło Augustowa.
W autokarze przebieraliśy nogami i dowiadywaliśmy się o obozie. Na przykład o tym dlaczego nie ma z nami drużyny starszej. Bo są na kwaterce.
No własnie. Na samym początku, kilka dni przed obozem, najwięksi twardziele jadą do lasu na kwaterkę stawiać zręby naszego miasteczka. Postanowiłem że kiedyś tam też pojadę. Po kwaterce do obozu zwala się cała szarańcza i zaczyna się prawdziwa kolonizacja lasu…
Pamiętam dobrze ten rytuał, bo powtarzał się co roku. Przez wiele, wiele lat…
Wysiadamy z autokaru, zakładamy plecaki. Drużynowy prowadzi nas na miejsce obozowe. Zrzucamy plecaki pod drzewo, przebieramy się w ciuchy robocze. Zaczynamy wielkie noszenie.
Cały obóz składa się z kilku części. Po pierwsze to część wspólna dla wszystkich drużyn, czyli stołówka, umywalnie, kąpielisko i inne takie. Obok znajduje się zgrupowanie, czyli miejsce gdzie mieszka Druhna Iza i reszta osób z komendy całego obozu. W głębi lasu stoją podobozy. Każdy podobóz to jedna drużyna. Jest ich 4 czy 5.
Pech chciał, że nasz podobóz stał najdalej. To znaczy prowadziła do niego dość krótka droga, ale przez Zgrup, a tamtędy my po prostu chodzić nie mogliśmy. Więc wszystko trzeba było transportować na około…
Najpierw namioty – wojskowe “dychy”. Były wielkie i ciężkie, wydawało nam się, że ważą 100 kilo. Dzieliły się na niskie i wysokie, na te drugie oczywiście nie mieliśmy co liczyć. Były nowe i były dla Dużych Ludzi, wszystkie zabrała drużyna starsza. I dh Włodek – na Komendówkę zwaną też Kapówą.
Potem następowało wybieranie miejsca na postawienie namiotów i ich rozstawianie. To znaczy jakie tam wybieranie, wtedy mieliśmy mało do gadania – wszystko wybierałą nasza zastępowa i drużynowy z przybocznymi.
Rozstawianie namiotu trwało chyba godzinę, minęły lata zanim nauczyliśmy się robić to ekspresowo. Najpierw trzeba rozłożyć namiot i zorientowac się gdzie jest lewa strona a gdzie prawa. Potem z kupy masztów wywalczyć dla siebie maszty które są kompletne i mają wszystkie szpikulce (a nie gwoździe wbite w kawałek drewna na końcu, te będą spadały z masztów podczas obozu). Potem trzeba wszystko skompletować, włożyć do namiotu. Trzy najsilniejsze osoby stają przy masztach, podnoszą namiot, a reszta im pomaga i nakrywa ich płachtą. Następnie osoby będące w środku wytężają słuch i reagują na komendy – do przodu, do tyłu, NIE W TĄ STRONĘ! ;) Kiedy już namiot stoi tam gdzie ma stać, reszta zastępu wkłada “zapałki” w boki namiotu i odciąga je na boki. Najpierw narożne, wbija śledzie na odciągach, potem pozostałe. A potem przychodzi przyboczny i mówi że to do niczego. I trzeba naciągać jeszcze raz :)
Kiedy namiot jest już rozstawiony trzeba lecieć po kanadyjki. Nie, nie spaliśmy na pryczach przez pierwszych kilka obozów. Po pierwsze dlatego że po prostu takie były zwyczaje u nas w środowisku. Po drugie – ja nadal uważam, że dla młodych drużyn to lepsze. Przy pryczach pionierka trwa nawet tydzień, a i tak prycze musza poprawiać drużynowy i przyboczni. Mówię – przy młodych dzieciakach, a takimi byliśmy.
Tak czy inaczej teraz następował wybór kanadyjki. Wtedy jeszcze o tym nie wiedzieliśmy, ale najlepiej było wybrac taką z drewnianą rozpórką. Te trzymały się lepiej, a po drugie w razie jakiegoś “dymu” (o których to również nie mogliśmy nic wiedzieć) można było ją wziąć do ręki i bronić się (a tego nigdy nie musieliśmy robić, ale musieliśmy być CZUJNI :D). No dobra, metalowe po prostu ciągle wypadały.
Potem materac i koc. I walka o miejsce w namiocie!
Kiedy już ustawiliśmy kanadyjki i położyliśmy na nie plecaki, przychodził czas na noszenie żerdzi. Żerdzie to podstawowy materiał budulcowy na obozie i właściwie od nich wszystko zależało. No nie, wtedy zależało jeszcze od gwoździ – dobre gwoździe wcale nie były oczywiste. I od narzędzi – te były też niskiej jakości… Ale o ile narzędzia mieliśmy po prostu szczepowe, to żerdzie rozdawane były centralnie, koło stołówki. Ale wtedy też nie mieliśmy pojęcia o tym które są lepsze. Braliśmy te co dawano.
Noszenie żerdzi to był hardkor. Dla takich małych ludków jak my to nie lada wyzwanie. Jedną żerdź niósł cały zastęp, a postój robiliśmy co jakieś 10 kroków. Co chwilę zmienialiśmy systemy noszenia, podkładaliśmy sobie pod żerdź złożone części garderoby… Wszystkiego musiliśmy się nauczyć, choć trochę podpowiadali nam starsi.
A kiedy już skrzynie z narzędziami, żerdzie i gwoździe leżały na placu apelowym, namioty dumnie prężyły się między drzewami, nieubłaganie nadszedł czas budowy. Ale o tym następnym razem.
