Początek przygody

fot. WGL

fot. WGL

[1983] Mój pierwszy kontakt z harcerstwem to chyba nawet czasy przedzuchowe. Choć przygodą tego w żaden sposób nazwać bym nie mógł. Ot, po prostu czasami zamiast fajnych filmów po Teleranku puszczano, nie wiadomo dlaczego, program “KRĄG”. Dużo z niego nie pamiętam, pamiętam natomiast straszliwie nudną i smutną czołówkę, smutne druhny w nijakich, szarych mundurach i smutne śpiewanie. Smutne jest to, że w sumie dużo od tego czasu w wizerunku się nie zmieniło. Ale to zupełnie inna para kaloszy :)

Tak na prawdę zupełnie nie zaprzątało mi to głowy. Była pierwsza połowa lat 80tych, a ja – zupełnie nieświadomy rozgrywek politycznych – zajmowałem się odkrywaniem okolicznej budowy, konstrukcją kafara wbijającego pale na budowie kanalizacji i szukaniu kolejnego miejsca na “skryjówę” – wraz z moim najlepszym kumplem – Jędrkiem. W wolnym czasie zajmowaliśmy się też chowaniem żyletek (do niczego nie były nam potrzebne, ale nie mogliśmy się nimi bawić, więc ich zbieranie miało w sobie coś konspiracyjnego) oraz zabawą w Mołodyj Chjemik – radzieckim zestawem chemicznym który posiadał Jędrek. Zabawa polegała głównie na podziwianiu probóweczki z cyjankiem. Wiedzieliśmy że jest trujący, więc nigdy go nie otwieraliśmy, ale fakt trzymania w ręku czegoś trującego był sam w sobie niesamowity. I tak oto płynął dzień za dniem – mieliśmy po kilka lat i niezbyt przejmowaliśmy się czymkolwiek.

I wtedy któregoś dnia przyszedł do nas nasz kumpel – Konopek. Konopek był naszym autorytetem z dwóch powodów. Po pierwsze był o rok starszy, co powodowało że jego wiedza na wszelkie tematy była niemal dwukrotnie większa, a po drugiej jego tata miał “stero”. Stero to taki magnetofon z dwoma głośnikami – gdyby ktoś nie wiedział :)

A więc Konopek stwierdził, że był ostatnio na zbiórce zuchowej i było tam całkiem fajnie. Najciekawsze jest to, że z niewiadomych powodów on już tam nigdy więcej nie poszedł, my za to wsiąkliśmy. I to na dobre.

To była jesień 1984 roku. Wiem, wiem dawno strasznie. Pocieszam się jednak tym, że pewnie w tym czasie, gdzieś na południe od mojego domu pewien Rafał zdobywał już stopień instruktorski, a gdzieś na zachodzie pewien Ryszard kończył zdobywanie harcmistrza ;)

Na samym początku dowiedzieliśmy się, że pani z burzą blond loków nazywa się Bożena i wcale nie jest Panią Bożeną, tylko Druhną Bożeną. To w sumie fajnie, bo nie wydawała się tak stara jak wszystkie panie nauczycielki. Do druhny mówiło się “druhno”, i czasami używało trzeciej osoby – choć nie wiedziałem jeszcze oczywiście co oznacza trzecia osoba. To trochę tak jak moja Mama zwracała się do swojego Taty – “czy Tata mógłby?”. Dziwne to trochę było, ale zbiórka bardzo nam się podobała, więc właściwie na wszystko się godziliśmy.

Otóż bawiliśmy się w sklep. A była to zabawa o niebo lepsza niż ta w domu – tu bawić się mogłem jedynie z moją siostrą, czasem z Jędrkiem. Na zbiórce w sklep bawiło się kilkanaście, a może nawet więcej osób. Dziś powiedziałbym, że był to istny supermarket, albo może raczej targ.

Do dyspozycji mieliśmy gotówkę, towary, wagę – słowem zabawa była przednia. (Swoją drogą już wiele lat później doceniłem i nadal doceniam ilość pracy jaką w swoje zbiórki wkładają dobrzy zuchmistrze. Szacun.) Przednia na tyle, że zdecydowaliśmy się przyjść na kolejną zbiórkę. I następną. I właśnie na którejś z nich dostaliśmy pierwszą sprawność – sprzedawca. Ale przecież sprawność musiała być na coś przyszyta! Tak więc pojawiła się potrzeba kupienia munduru.

A mundur należało kupić w składnicy harcerskiej. A tego samemu dokonać po prostu nie mogłem – wymagało to przecież wyprawy na Drugą Stronę Wisły.

Druga Strona Wisły to nie przelewki, to prawdziwe miasto, nie to co nasze Zacisze. Tam można było pojechać tylko z rodzicami. Ci całe szczęście byli dość wyrozumiali (choć przez kolejne kilkanaście lat cierpliwość ta była poddawana niesamowitym próbom), w końcu sami byli harcerzami. Mama należała do drużyny harcerskiej w Otwocku, Tata do 200 WDH w L.O. nr L im Ruy Barbossa w Warszawie. Mundur został zakupiony – mam go do dziś :)

  • http://www.text.bci.pl peter

    No, no wypraszam sobie. Jak nuda ? :D W Kręgu prowadziłem dział historyczny. Przywoziłem eksponaty i robiłem plansze – całe 10 minut w każdym, do momentu, gdy “druhna” Rosel-Kicińska nie wywaliła mnie na zbity pysk za, cytuję…..”epatowanie widzów antyradzieckością”. Naiwnie opowiadałem o Grupie Harcerskiej II Brygady Legionów, pokazując jej Odznakę. Co ciekawe wspomniałem o “walkach nad Wisłą” z enigmatycznym wrogiem. Wystarczyło……

  • Ania

    no tak jednak chyba się przeliczyłeś. w 1983 roku to nawet ja jeszcze nie zdobywałam stopni instruktorskich, a co dopiero te szczeniaki R i R! No i wydaje mi się, że Krąg był puszczany w piątek popołudniu? Ale co do smutno-podniosłego charakteru tego programu-zgadzam się w pełni :)

  • mgr_scout

    Goo, ale Krąg nie był po Teleranku a leciał w tygodniu zamiennie z programem dla żeglarzy “Latający Holender” :)

  • g00rek

    Cholera no ja naprawde pamiętam że czasami puszczali harcerskiego smęta po teleranku no! :)